Naprawy klimatyzacji to już konieczność
Rozmowa z Robertem Roguskim z warsztatu V-Car z Warszawy
Naprawy i konserwacja układów klimatyzacji w samochodach to główny pień waszej działalności?
W zasadzie dodatkowy. Zaczynaliśmy osiem lat temu jako warsztat specjalizujący się w mechanice i elektronice. Wywodzimy się z autoryzowanej stacji Daewoo, w której pracowaliśmy przez 6 lat. Mieliśmy wszystkie uprawnienia i przeszliśmy wszelkie możliwe szkolenia, ale ze względu na sytuację, która zapanowała na rynku – zniknięcie marki daewoo - trzeba było podjąć samodzielną działalność. Od dwóch lat jestem szefem warsztatu.
To był dobry strzał? W dziesiątkę?
Powiem tak: pracuję, mam stałe źródło dochodu, nikt mi nie powie z dnia na dzień „do widzenia”. Teraz role się odwróciły. To ja zatrudniam pracowników. To ja jestem ich szefem, chociaż sam też oczywiście pracuję przy warsztacie, gdy w biurze skończę wszystkie papierkowe prace. Jestem mechanikiem, takie mam wykształcenie i taką praktykę.
Skąd w takim razie wzięło się zainteresowanie klimatyzacją?
Okazało się to niezbędne przy naprawach powypadkowych. Poza tym już 60-70 proc. aut ma klimatyzację. To niemal standard. Współpracowaliśmy z zakładem blacharskim, a tu każda praktycznie naprawa wiązała się z naprawą klimatyzacji. Przy wyjęciu uszkodzonych skrzyń biegów czy demontażach innych elementów okazywało się, że auto wymaga także naprawy układy klimatyzacji. Na początku korzystaliśmy z usług podwykonawcy, jednak nie byliśmy z jego usług zadowoleni. Głównie dlatego, że to my dawaliśmy klientowi gwarancję na wykonanie usługi, a wykonane przez naszego podwykonawcę prace czasem nie spełniały oczekiwanego standardu. Postanowiliśmy, że najbardziej opłacalne będzie prowadzenie napraw w jednym miejscu.
To był wymóg klienta czy bardziej ubezpieczyciela?
Oczywiście, że klienta. Postanowiliśmy, że będziemy dążyć do kompleksowości usług, stąd jeszcze plany dotyczące rozszerzenia usług o prace wulkanizacyjne – sezonową wymianę opon. Nie chcemy korzystać z podwykonawców, by potem nie było problemu i dochodzenia - kto jest winny poszczególnych usterek.
Dużo było reklamacji związanych z niepożądaną działalnością podwykonawcy?
Było ich sporo. Myślę, że to miało źródło w braku nadzoru nad pracownikami. Zrobione raz, nabite na kasę i należność wzięta. Taki był mechanizm – tak do dziś działają czasem stacje szybkiej obsługi. Gdy u nich jest przeprowadzana jakaś darmowa dla klientów akcja promocyjna, to potem u nas telefon się urywa. I mamy my mnóstwo klientów spośród tych ludzi, którzy wzięli udział w tej akcji.
Czemu?
Bo wówczas wszystko się dzieje szybko, a więc i niedokładnie. Klientom nabija się gaz, nie sprawdza jednak szczelności instalacji, a potem po dwóch, trzech dniach pojawia się problem.
Jakiego rodzaju wtedy zdarzają się zlecenia?
Naprawy całego układu. To kwestia założenia odpowiednich o-ringów, uszczelniaczy... Nabicie czynnika chłodzącego zdarza się już przy okazji.
Gdy przyjeżdża klient, to prosi o kompleksową naprawę czy was sonduje?
Ci klienci, którzy nas znają, wiedzą, że naprawy zostaną u nas przeprowadzone w odpowiednim standardzie, przy wykorzystaniu dobrych części. Pod tym względem każdego klienta traktujemy jak osobę wyjątkową.
Jaką procedurę kontroli przechodzi auto każdego klienta?
Jeśli klient przyjeżdża w celu nabicia klimatyzacji, zadajemy mu pytanie, czy coś było naprawiane w układzie. To może nam wiele ułatwić. Bo jeśli okazuje się, że instalacja nie chłodzi, choć była nabijana tydzień temu, to wiadomo, że szwankuje jej szczelność. Puszczamy gaz, potem azot i sprawdzamy, co się dzieje. Jak są nieszczelności, to jest to weryfikowane, robiona jest wstępna wycena i oczekiwanie na decyzję: czy klient decyduje się na naprawę u nas, czy też czy jedzie wojować do warsztatu, który nie sprawdził koniecznych rzeczy.
Dużo jest przypadków takich awarii, które udaje się wykryć na tym etapie?
W granicach 70 procent. Większość usterek to brak szczelności oraz za duża ilość gazu nabita do instalacji. Tę ostatnią usterkę powoduje mechanik - dozuje gaz z zapasem. Nie jest w ogóle przeszkolony. Nam to się nie zdarza. Korzystamy z bogatych materiałów, szkoleń, które nam ułatwiają pracę, ale widać nie każdy ma do tego dostęp.
Jeżeli w układzie jest odpowiednia ilość gazu, to sprawdzamy po kolei, co nie działa. Czyli kompresor, zawory, wentylator chłodnicy, a to bardzo istotna rzecz. A klienci często nie wiedzą, że są dwa wentylatory, główny i pomocniczy.
I po wstępnej weryfikacji wiadomo, co trzeba zrobić?
Tak. Poza tym jak są jakieś uszkodzenia mechaniczne, to widać je także gołym okiem lub po próbach. Tu stosujemy barwnik z olejem. Ta metoda ma jeszcze tę zaletę, że jeśli klient chce zobaczyć, gdzie ma usterkę, to w tym momencie można mu uświadomić, gdzie powstaje nieszczelność, którą trzeba usunąć. A dopiero potem nabić gaz.
Większość klientów nie wierzy?
Nie wszyscy wierzą. Dopiero gdy zobaczą, to decydują się na naprawę.
Ilu z nich zostaje w waszym warsztacie?
W granicach 95 procent. Reszta liczy na to, że w poprzednim miejscu, gdzie nie wykryto usterki, ale nabito tylko gaz, zostanie ta usterka naprawiona. Próbują coś wskórać, choć wiem, że prędzej czy później do nas wrócą.
Zajmujecie się awariami innego osprzętu? Usterkami sprężarek?
Tak, tylko że tu korzystamy z usług wyspecjalizowanego warsztatu, który się zajmuje tylko i wyłącznie naprawami kompresorów. Przy naprawie amatorskiej jest duże ryzyko wystąpienia błędu i potem reklamacji, co wiąże się z utratą zarobku. Ale nasz podwykonawca regeneruje te sprężarki fachowo, nie zdarzyły nam się reklamacje z jego powodu.
A z jakiego były?
Z innych przyczyn. Raz klient przyjechał ze sprężarką kupioną okazyjnie za pośrednictwem internetu, i trzy razy montowaliśmy mu tę samą sprężarkę, bo miała być rewelacyjna, a okazała się do niczego. Klient płacił za usługę, która okazała się w rezultacie droższa niż wówczas, gdyby zdecydował się zamówić u naszego kontrahenta. Montowaliśmy kompresor, okazywał się niesprawny, wyjmowaliśmy go, klient odsyłał na 10 dni do naprawy, montowaliśmy znów i... nic. A gdyby nawet taka usterka przydarzyła się naszemu produktowi, to wymienilibyśmy wadliwą część i w jej miejsce w pół godziny przywieźlibyśmy sprawną.
Zajmujecie się montażem układów klimatyzacyjnych w tych autach, które fabrycznie nie miały zamontowanej klimatyzacji?
Nie. Nie mamy możliwości. To zbyt skomplikowane i czasochłonne, a my staramy się wszystkie naprawy prowadzić na bieżąco.
Klientów wam przybywa w sezonie wiosenno-letnim?
Praktycznie mamy tyle samo klientów w każdym miesiącu, a to z tego względu, że główny trzon naszej działalności to jednak naprawy mechaniczne, prace zlecone przez klientów wypadkowych, a w tym przypadku – prozaicznych stłuczek układ klimatyzacji samochodowej również doznaje uszkodzeń. Na pewno następuje rozłączenie, czasem uszkodzenie filtrów czy innych złączek. Gdy robi się ciepło, klienci walą drzwiami i oknami.
Ilu dziennie jest klientów?
Bywa, że i osiem samochodów. Tak było niedawno. Z czego trzy samochody były do sprawdzenia szczelności.
Jaki rodzaj napraw jest najbardziej opłacalny?
Właśnie obsługa klimatyzacji. Nie kalkulujemy tak działalności, by pewne działy były bardziej opłacalne, a inne mniej. Staramy się teraz przede wszystkim zdobyć klienta.
Jakie są u państwa koszty robocizny?
Przegląd przebiegowy kosztuje u nas 150 zł. Za wymianę klocków trzeba dopłacić.
A w ramach tego przegląd wchodzi również przegląd klimatyzacji?
Nie. Nie robimy niczego, czego nie życzyłby sobie klient. To on podejmuje decyzję. Musi nam to wyraźnie zlecić. Możemy tu ewentualnie mu zasugerować, pokazać, że wymiany potrzebuje filtr, pokazać, w jakim on jest stanie. A jak się wyjmuje filtr, to dywanik robi się czarny. Od razu widać, co wymaga naprawy. Klient albo to akceptuje albo nie.
Dużo klientów jest przekonywanych?
Sporo.
Ile kosztują u was poszczególne czynności?
Sprawdzenie szczelności kosztuje 50 zł netto. Nabicie gazu w granicach 150-200 zł, w zależności od ilości zużytego czynnika. Dezynfekcja kompleksowa 150 zł. Tak wysoka cena jest pochodną tego, że używamy bardzo drogich, markowych pianek. Nie takich po 10-15 złotych, tylko produktów drogich. Bo doświadczenie choćby naszych klientów uczy, że stosowanie nieznanych produktów może być groźne. Był u nas ostatnio klient mercedesem klasy S, który kupił taką piankę za 10 zł, zastosował ją według instrukcji i to się skończyło tym, że musieliśmy rozebrać i czyścić mechanicznie wszystkie nawiewy, bo nastąpiła jakaś nieprzewidziana reakcja chemiczna, której wynikiem było zalanie wlewów czymś o nieprzyjemnym zapachu. Był taki przypadek, że klient spalił sobie radio w samochodzie renault. Przeczytał, że środek trzeba napompować, potem odczekać 20 minut... Wpompował dwie butelki, których zawartość ściekła z nawiewów i radio wymagało interwencji u elektryka.
A ilu ma pan pracowników?
Dwóch. Było trzech, ale jeden odszedł, wyjechał za granicę. Ale dałem ogłoszenie i przymierzam się do przyjęcia jeszcze dwóch mechaników.
Wspomniał Pan o planach uruchomienia działalności wulkanizacyjnej. Kiedy to nastąpi?
Myślę już o nadchodzącym sezonie jesienno-zimowym. Ale muszę mieć przynajmniej jednego dobrze przeszkolonego pracownika. Szkolenia szkoleniami – kupić maszyny, przejść krótki kurs u producenta, a potem świecić oczyma przed klientem – nie tędy droga. Rozkręcenie takiej działalności ma sens, jeśli człowiek, którego zatrudnimy, pracuje w takiej dziedzinie 3-4 lata. Nie chcemy ryzykować tego, że klienci przyjadą do nas i będą reklamować usługi. Przyjadą i spalą warsztat (śmiech – red.).
Wspomniał pan, że dbacie o to, by montować dobre jakościowo części. Z jakimi hurtowniami państwo współpracujecie?
Z Akwimatem, Elitem, Auto-Partnerem, Hartem, trochę z Inter-Carsem – choć z tym dystrybutorem trochę rzadziej, bo ostatnio podnieśli nam ceny. Troszkę także z Pol-Carem.
Poleciłby pan z czystym sumieniem jakichś producentów?
Te wymienione, choć nie wszyscy mają cały asortyment w świetnej jakości. My polecamy klientowi markowe rozwiązania. Choć oczywiście on ma wybór. Jeżeli wiemy, że jakaś część jest złej jakości, a klient się upiera przy takim wyborze, to odmawiamy jej użycia. Nie chcę po prostu płacić za reklamacje, które są wówczas nieuniknione. Dlatego z rezerwą traktujemy taksówkarzy, którzy są klientami bardzo specyficznymi. Chyba, że zgadzają się na taką technologię naprawy, jaką my im proponujemy.
Bo to fakt autentyczny, że taksówkarze potrafią wymienić jedną tarczę hamulcową, jeden klocek, jeden amortyzator. Mają gdzieś bezpieczeństwo. My także nie montujemy części używanych. Bo wiadomo – części używane to klient ma już wówczas, gdy przyjeżdża. A co będzie potem? Jak taka część nie będzie działać, to my będziemy płacić.
Ile godzin pracujecie?
Warsztat jest czynny od godz. 8 do 18. Staramy się pracować tak, by znaleźć złoty środek. W zeszłym roku pracowałem tak dużo, że straciłem przytomność z przemęczenia. Potraktowałem to jako sygnał alarmowy. Teraz staramy się robić tak, by wszelkie usterki w autach usunąć w ciągu dnia, dwóch. By nie robić tłoku, bo klienci i tak nie lubi czekać.
A jak długa jest kolejka czekających na naprawę?
W granicach 3-4 dni. To jest średnia. Chociaż oczywiście są też tacy, którzy się zapisują już na tydzień czy nawet 10 dni z góry.
Planujecie jeszcze o coś poszerzyć działalność?
Za bardzo nie mamy miejsca. Tu mamy cztery stanowiska, i nie ma fizycznej możliwości, by postanowić nowe. I tak inwestujemy tu praktycznie wszystkie pieniądze, które zarobiliśmy. A w ciągu dwóch lat władowaliśmy kupę pieniędzy.
A to, co zainwestowaliście, już się zwróciło?
Tak.
Mieliście jakieś wsparcie?
Na samym początku mieliśmy podpisaną umowę z Mobil Polska i oni nam trochę pomogli. Zresztą również pomogły nam wówczas hurtownie. Teraz się w nich zaopatrujemy w narzędzia. Używamy Stahlville, Bety.
Myślał pan o wstąpieniu do sieci?
Nie chcę tego, bo 90 proc. towaru musiałbym brać z tej właśnie hurtowni. A jakość nie wszystkich części mi odpowiada. Jeśli się raz nacięliśmy na części złej jakości, to eliminujemy tego dostawcę. Nie montujemy ich ze względu na duże ryzyko wystąpienia reklamacji. Bo jeśli my jesteśmy z nich niezadowoleni, to pół biedy, Ale jeśli klient będzie z nich niezadowolony, to nam zrobi taką antyreklamę, że nie wygrzebiemy się z kłopotów.
Komentarze
Nie ma jeszcze komentarza do tego arykułu










